Pamiętam, jak moja mama wpychała mi łyżkę siemienia lnianego do jogurtu i mówiła: „To dla twoich jelit”. Ja robiłam miny, ale z czasem zrozumiałam, że jej instynkt był celny. Dziś sama mam w kuchni słoik z nasionami, tylko staram się nie robić z tego dramatu – bo dzieci wyczują fałsz od razu.
Zacznij od śniadania, które nie wymaga błagania
Najgorsze, co można zrobić, to podać dziecku płatki z mlekiem, a potem dziwić się, że o 10:00 w brzuchu burczy jak w kotle. Moje odkrycie: owsianka na wodzie z dodatkiem startego jabłka i szczyptą cynamonu. Brzmi nudno? Dla nich też tak brzmiało, dopóki nie wpadłam na pomysł, żeby nazwać ją „ciasteczkową misją”. Dodaję plaster banana, kilka rodzynek i nagle misja staje się przygodą. Klucz: konsystencja musi być puszysta, nie lepka – dzieci mają radar na wszystko, co przypomina klej.
Woda, ale nie ta z kranu, którą „czuć”
Moje potrafiły pić dwa łyki i odchodzić, bo „smakuje dziwnie”. Rozwiązanie: dzbanek z wodą, w którym pływają plasterki truskawek, mięta albo plaster cytryny. Wygląda jak napój z bajki, a ja wiem, że to zwykła woda. Trik: zostawiam dzbanek na wysokiej półce, żeby musiały sięgnąć – im więcej wysiłku, tym większa frajda.
Przekąska, która nie jest kłopotem
Kupiłam silikonowe foremki na lody i zrobiłam „zielone UFO”: zmiksowałam awokado, banana, odrobinę miodu i wlałam do foremek. Zamroziłam. Efekt? Lody, które smakują jak słodycz, a w środku same dobre tłuszcze i błonnik. Sekret: nie mówię, że to awokado, dopóki nie zjedzą do końca. Potem już jest za późno na protest.
Cukier – nie wróg, ale gość, który wychodzi przed deserem
Zrezygnowałam z zakazów, bo prowadziły do tajnych misji w szafie u babci. Umówiliśmy się: jeden kostek czekolady dziennie, ale dopiero po obiedzie. Reguła jest prosta: jeśli zjedzą warzywa, czekolada się należy. Po trzech tygodniach przestały marudzić przy brokułach, bo wiedziały, że koniec końców dostaną swoje. I nie, nie zjadają całej tabliczki – czekolada smakuje lepiej, gdy nie ma zakazanego owocu.
Ruch, który nie jest karą
Zamiast „idź pobiegać”, mówimy „chodź, sprawdzimy, czy robaki w ogrodzie już się obudziły”. Pięć minut kopania w ziemi robi więcej dla trawienia niż godzina błagania, żeby zjadło marchewkę. Plus: brudne ręce = naturalny probiotyk. Tak, wiem, co mówią pediatrzy, ale czasem lepiej pozwolić im pobrudzić się w piaskownicy niż walczyć z kolejnym zaparciem.
Kolacja – cisza, bo jelita pracują
O 19:30 kuchnia zamienia się w strefę ciszy. Podaję zupę krem z dyni z grzankami albo jajko na miękko z kromką chleba żytniego. Zero telewizji, zero „zjedz jeszcze jedną łyżkę”. Czasem siedzimy razem, czasem ona czyta książkę, a ja piję herbatę. Magia: kiedy nie ma presji, zupa znika, a brzuch nie boli w nocy.
Co robić, gdy ból brzucha jednak nadejdzie
Mam w szufladzie termofor w kształcie żółwia. Podgrzewam go, kładziemy się na kanapie, termofor na brzuch, i wtedy opowiadam historię o tym, jak jej ulubiony pluszak miał kiedyś takie same kłopoty. Oddychanie głębokie, ciepło – po 15 minutach zwykle przechodzi. A jeśli nie – zgłaszam się do pediatry, bo nie ma bohaterstwa w cierpieniu.
Nie chodzi o to, żeby wychować dziecko na dietetyka. Chodzi o to, żeby trawienie nie było tematem tabu. Żeby wiedziało, czym jest błonnik, ale też że czasem można zjeść pizzę na mieście i nic się nie stanie. Że brzuch to nie wróg, tylko dom dla milionów bakterii, które lubią, gdy się o nie dba – ale bez przesady.
I kiedy któregoś dnia sama wyciągnie słoik z siemieniem, bo „mam dziwny burczyk”, wtedy będę wiedziała, że moja mama miała rację. Nawet jeśli nadal robię miny.

Nazywam się Anna Nowicka i jestem mamą – to zdanie, które od lat otwiera większość moich wewnętrznych monologów.
Ten blog powstał z potrzeby podzielenia się tym, czego nie da się wypunktować w plannerze ani schować do kieszeni spodni po praniu: emocjami, które czasem niespodziewanie wypływają przy zmywaniu naczyń, odkryciami, które przychodzą o 3:14 nad ranem, i małymi zwycięstwami, które najczęściej pachną kawą i ciepłym śpiworkiem.
Piszę tu o sobie i o nas – bo odkąd zostałam mamą, świat zaczął się mieścić w szczegółach, a doświadczenie przestało być tylko moje. Dzielę się spostrzeżeniami, które chwytam w locie: o tym, jak czasem wystarczy jedno głębokie westchnięcie, żeby przestrzeń w głowie zrobiła się większa, i o tym, że „dobrze” nie zawsze wygląda jak na Instagramie.
Jeśli masz ochotę posiedzieć ze mną chwilę – bez gotowych recept, za to z dużą szczerością – zapraszam.