Zimą w domu pachnie mandarynkami, a w łazience stoi półka z maściami. Kiedy za oknem mróz zaciska się jak wąż, ochrona skóry malucha staje się naszym codziennym rytuałem – trochę jak pielgrzymka, tyle że w ciepłych kapciach i bez bagażu. Przez lata nauczyłam się, że skóra niemowlaka zimą to coś więcej niż delikatna powłoka; to mapa wszystkich spacerów, drzemek w wózku i nagłych zmian temperatury. Dzielę się więc tym, co naprawdę działa – bez bajek, tylko sprawdzone sposoby, które ratowały nas wieczorami, gdy termometr spadał poniżej zera.
Kąpiel: ciepła, ale nie gorąca
Pierwsza zasada, którą wbiłam sobie do głowy, brzmi: woda ma być letnia, nie parzyć. Gorąca kąpiel otwiera pory i wypłukuje naturalne tłuszcze, a tego właśnie chcemy uniknąć. Stawiam na około 37 °C – sprawdzam łokciem, bo dłoń potrafi oszukać. Czas? Maksymalnie 5-7 minut. Dłużej, i skóra zaczyna wysyłać SOS w postaci czerwonych plamek. Do mycia używam płynu z kwasem hialuronowym, ale bez SLS; wystarczy kropla na dłoni, reszta to płukanie. Po kąpieli nie wycieram szorstkim ręcznikiem – tylko delikatne odciskanie, jakby skóra była babeczką z bitą śmietaną.
Nawilżanie: natychmiast i na okrągło
Klucz to „trzy minuty” – balsam nakładam, gdy skóra jest jeszcze wilgotna, bo wtedy krem chwyta wodę jak gąbka. Zimą rezygnuję z lekkich mleczek i sięgam po tężejące masło shea albo coś z lanoliną. Nakładam warstwę cienką jak mgiełka, ale dokładnie: za uszami, w fałdkach szyi, między paluszkami. Te miejsca lubią płakać pierwsze. Jeśli zauważam suchą łuskę, robię okład: grubszą warstwę kremu na pięć minut, potem nadmiar zdejmuję chusteczką. Efekt? Skóra jak aksamit, bez tłustego filmu.
Ogrzewanie domu: ciepło, ale nie sauna
Grzeję mieszkanie do 21 °C, bo wyższa temperatura to suchy pustynny klimat. Nawilżacz powietrza stoi przy łóżeczku jak mały strażak – woda destylowana, czyszczony co trzy dni, żeby nie rozwalał zarazków. Często zapominam go włączyć, ale kiedy widzę, że skóra na policzkach robi się szorstka, włączam go natychmiast. Efekt? Po nocy buzia jest z powrotem gładka, a my nie budzimy się z zatkanym nosem.
Spacer: warstwy jak u cebuli
Zimą wychodzimy codziennie, nawet jak dmucha wiatr. Ubieram warstwowo: bawełna na ciało, wełna na wierzch, kurtka z oddychającego materiału. Rękawiczki bez wewnętrznych szwów, bo jedna nitka potrafi zrobić otarcie. Na twarz krem ochronny z tlenkiem cynku – biały jak clown, ale skuteczny. Po powrocie nie rozbieram od razu w przedpokoju; daję dwie minuty, żeby maleństwo przyzwyczaiło się do cieplejszego powietrza. Potem szybka mizia-mizia balsamem, bo mróz lubi zostawić pamiątkę w postaci zaczerwienionych policzków.
Ubranka: bawełna, wełna, zero gryzącej metki
Pierzę w płynie dla alergików, podwójne płukanie, żadnych płatków pachnących „świeżością”. Nowe ubrania piorę zanim pierwszy raz włożę – raz zdarzyło się, że metka zafarbowała szyję na zielono, odkąd sprawdzam każdy szew. Wełniane czapki sprawdzam w świetle okna, czy nie gryzą – jedna włóczka potrafiła wywołać czerwoną kreskę na czole. Jeśli widzę podrażnienie, zakładam cienką bawełnianą opaskę pod czapkę – bariera idealna.
SOS dla ekstremalnych przypadków
Bywa, że mimo wszystko pojawia się sucha łuska na łokciach albo zaczerwienienie w pachwinie. Wtedy robię mini-kurację: wieczorem kąpiel z dodatkiem kropli olejku ze słodkich migdałów, potem cienka warstwa maści z witaminą E. Rano plama jest mniejsza, a ja mogę odetchnąć. Jeśli nie – dzwonię do pediatry, bo czasem potrzebny jest hydrokortyzon, a ja nie lubię eksperymentować na własne ryzyko.
Moje małe rytuały, które ratują zimę
Zanim wieczorem zapadam na kanapę, masuję stópki ciepłym olejem jojoba – trwa minutę, a maleństwo zasypia jak kamień. W weekend robię miksturę: łyżeczka miodu, łyżeczka oliwy, pięć kropli rumianku. Nakładam na policzki na pięć minut, zmywam wacikiem. Skóra pachnie jak beza, a ja czuję się jak alchemiczka. I jeszcze jedno: zawsze sprawdzam prognozę wilgotności w telefonie. Jak spada poniżej 30 %, włączam drugi nawilżacz w salonie – lepiej dmuchać na zimne, niż potem płakać nad pękającą skórą.
Zima może być łaskawa, jeśli pamiętamy o tych kilku trikach. Nie chodzi o perfekcję, tylko o to, by dzień kończył się gładką buzią i spokojnym snem. A jeśli któregoś dnia zapomnę balsamu i wrócę z zaczerwienionym nosem – nic się nie stanie. Przytulam, nakładam odrobinę kremu i idziemy spać, bo jutro znów będzie mróz, a my – gotowe.

Nazywam się Anna Nowicka i jestem mamą – to zdanie, które od lat otwiera większość moich wewnętrznych monologów.
Ten blog powstał z potrzeby podzielenia się tym, czego nie da się wypunktować w plannerze ani schować do kieszeni spodni po praniu: emocjami, które czasem niespodziewanie wypływają przy zmywaniu naczyń, odkryciami, które przychodzą o 3:14 nad ranem, i małymi zwycięstwami, które najczęściej pachną kawą i ciepłym śpiworkiem.
Piszę tu o sobie i o nas – bo odkąd zostałam mamą, świat zaczął się mieścić w szczegółach, a doświadczenie przestało być tylko moje. Dzielę się spostrzeżeniami, które chwytam w locie: o tym, jak czasem wystarczy jedno głębokie westchnięcie, żeby przestrzeń w głowie zrobiła się większa, i o tym, że „dobrze” nie zawsze wygląda jak na Instagramie.
Jeśli masz ochotę posiedzieć ze mną chwilę – bez gotowych recept, za to z dużą szczerością – zapraszam.