Dlaczego warto zadbać o zdrowie immunologiczne naszych najmłodszych

Dlaczego warto zadbać o zdrowie immunologiczne naszych najmłodszych – z perspektywy matki, która przeszła przez wszystko, czego nie chciałabyś doświadczać po kolei

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam słowo „immunologia”, siedziałam w gabinecie lekarskim z dzieckiem na rękach, mokrym chusteczkami w kieszeni i wrażeniem, że zaraz rozsadzi mi się głowa z bezsilności. Kolejna infekcja, kolejny antybiotyk, kolejna noc bez snu. Myślałam wtedy, że to po prostu „tak musi być”. Dzieci chorują, prawda? W końcu przedszkole to wylęgarnia wirusów, a żłobek – stacja dokująca dla bakterii. Tylko że w pewnym momencie zauważyłam, że „normalne” dzieci z tej samej grupy zdrowieją po trzech dniach, a moje – po trzech tygodniach. I wtedy zaczęłam dociekać.

Zaczęło się niewinnie: kaszel, który nie chciał przejść. Potem zapalenie ucha. Później angina, która wróciła dwa tygodnie po antybiotyku. Lekarze mówili: „Taka pora roku”, „Dużo dzieci tak ma”, „Organizm się uczy”. A ja siedziałam w domu z termometrem w jednej ręce i telefonem w drugiej, bo bałam się, że gorączka 40 stopni to już nie przelewki. Pewnej nocy, gdy patrzyłam, jak moje dziecko walczy z kaszlem, który dusiło je na śmierć, dotarło do mnie coś, czego nie zrozumiałam wcześniej: nie chodzi o to, żeby dziecko „przechodziło” wszystkie infekcje. Chodzi o to, żeby jego układ odpornościowy był tak silny, żeby nie musiało.

Zaczęłam szukać odpowiedzi poza standardowymi poradami. Zaczęłam czytać badania, rozmawiać z immunologami, zaglądać do publikacji, które wcześniej wydawały mi się napisane w obcym języku. I odkryłam, że odporność dziecka to nie tylko kwestia genów. To przede wszystkim kwestia tego, co dzieje się codziennie: co je, ile śpi, jak oddycha, jak się rusza, jak radzi sobie ze stresem. I że można – nie, trzeba – o nią zadbać.

Zaczęłam od diety. Wyrzuciłam cukier, który wcześniej był „nagrodą” za zjedzenie obiadu. Zastąpiłam go owocami, które wcześniej leżały w lodówce, bo „dziecko ich nie lubi”. Okazało się, że jak się nie ma wyboru, to się je. Wprowadziłam więcej warzyw, więcej tłuszczu (tak, tłuszcz jest potrzebny – omega-3 to nie mit), więcej błonnika. Zaczęłam gotować zupki z kości, bo ktoś mi powiedział, że kolagen wspiera błonę śluzową. Początkowo dziecko krzywiło się na maksa, ale po miesiącu pytało: „Mamo, a dziś też będzie rosół?”. Wygrałam.

Potem przyszła kolej na sen. Przyznam szczerze: wcześniej zasypiało się przy bajce, bo było łatwiej. Ale gdy przeczytałam, że sen to czas, kiedy organizm „naprawia” układ odpornościowy, postanowiłam wprowadzić rytuał: kąpiel, ciepłe mleko z kurkumą (które wcześniej uważałam za fanaberię), czytanie książeczki bez ekranu. Pierwsze noce były trudne – dziecko protestowało, ja też. Ale po tygodniu zasypiało o 20:30 i budziło się rześkie, bez worków pod oczami. I co najważniejsze: przestało budzić się z kaszlem.

Następnym krokiem był ruch. Nie planowałam maratonów, ale zaczęłam spacerować codziennie, nawet jak padało. Kupiłam kalosze i płaszcz przeciwdeszczowy, bo przeczytałam, że świeże powietrze zmniejsza stany zapalne w drogach oddechowych. Zaczęłam też tańczyć w salonie do głupiej piosenki, bo śmiech to najlepsza terapia. I wiecie co? Dziecko przestało wracać z przedszkola z katarem. Po prostu. Jakby ktoś odciął włącznik.

Nie obyło się bez suplementów. Ale nie tych z reklam telewizyjnych. Zaczęłam od witaminy D – bo okazało się, że 90% dzieci w Polsce ma jej niedobór. Potem probiotyki, bo flora jelitowa to 70% układu odpornościowego (tak, to nie bzdura). I cynk – bo bez niego komórki odpornościowe nie potrafią się „skomunikować”. Nie przesadziłam. Nie kupiłam całej apteki. Po prostu zaczęłam dbać, jakby to było najważniejsze na świecie. Bo było.

Efekty? Po sześciu miesiącach dziecko nie brało antybiotyku. Ani razu. Nie miało zapalenia ucha. Nie kaszlało przez miesiąc. Po raz pierwszy od dwóch lat przeszło zimę bez jednej wizyty u lekarza. I wiecie, co wtedy poczułam? Ulga, tak. Ale też złość. Na siebie, że wcześniej nie wiedziałam. Na system, który nie uczy rodziców, że odporność to nie kwestia szczęścia. Na to, że musiałam dowiedzieć się tego sama, bo nikt mi nie powiedział: „Możesz coś z tym zrobić”.

Dlatego dziś piszę ten tekst. Bo może siedzi gdzieś taka mama jak ja, z mokrymi chusteczkami w kieszeni i termometrem w dłoni. I może myśli, że „tak musi być”. Nie musi. Układ odpornościowy dziecka to nie czarna skrzynka. To coś, co można wspierać, budować, wzmacniać. To nie magia. To codzienne wybory. To rosołek zamiast słodyczy. To godzina snu więcej. To spacer w deszczu. To probiotyk, który kosztuje mniej niż kolejna wizyta u lekarza.

I nie chodzi o to, żeby dziecko nigdy nie zachorowało. Chodzi o to, żeby chorowało rzadziej, krócej i łagodniej. Żeby nie brało antybiotyków jak cukierków. Żeby nie budziło się z duszenia. Żeby mama mogła spać, a nie siedzieć z laktatorem w ręku, bo „może jednak pójdziemy na SOR”.

Zacznij dziś. Nie od jutra. Nie od poniedziałku. Od dziś. Zrób rosół. Wyłącz bajkę. Wyjdź na spacer. Daj probiotyk. I powiedz sobie: „To nie jest fanaberia. To inwestycja”. Bo zdrowie immunologiczne dziecka to nie tylko mniej chorób. To więcej spacerów, więcej śmiechu, więcej snu. To więcej życia. I wierz mi – warto.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *